We krwi Winchesterów – Odcinek 2 – Dominiqa

Content Rating:
  • R
Warning(s):
  • Death-Minor Character
  • Murder
  • Violence-Graphic
Genre(s):
  • Angst
  • Horror
  • Supernatural
Relationship(s):
None

Word Count:
8606

Author's Note:
Ludzie Pisma = Men of Letters

Summary:
Winchesterowie zmagają się z konsekwencjami swoich działań w Cadmen, zwłaszcza Dean. Sam jest zdeterminowany znaleźć prostą sprawę, która pomoże wyciągnąć Deana z dołka. Wydaje mu się, że taką znalazł.

Odcinek 2: Im dalej w las…

Im dalej w las tym więcej drzew – polskie przysłowie; im bardziej się w coś angażujemy, tym więcej pojawia nam się problemów związanych z tą sprawą; im dokładniej poznaje się szczegóły jakiejś sprawy, tym bardziej okazuje się ona skomplikowana.

 

Pomarańczowe słońce powoli tonęło w morzu drzew, zmieniając powoli kolor nieba na fiolet. Lekka bryza prześlizgiwała się między gałęziami, tworząc delikatny szum. Gdzieś w oddali śpiewały ptaki, a ostatnie promienie słońca rzucały smugi światła, oświetlające krzewy paproci. Nic to jednak nie znaczyło dla mężczyzny, który pędem przedzierał się przez zarośla. Głośno oddychał i brakowało mu tchu. Potknął się o wystający korzeń, nie stracił jednak równowagi. W oddali zawył wilk. Mężczyzna rzucił się biegiem w stronę zachodzącego słońca, niestety spowalniały go ciężkie, robocze buty. Opadał z sił, w końcu dopadł do rozłożystego drzewa i z trudem wdrapał się na nie. Otarł spocone czoło rękawem, rozmazując na twarzy krew płynącą z rany na przedramieniu.

Wilk zawył ponownie, a po chwili dołączyły do niego inne. Mężczyzna był przerażony, po raz kolejny próbował znaleźć zasięg w swoim telefonie komórkowym, ale nadaremno. Przełknął głośno ślinę, gdy pierwszy z drapieżników podszedł do drzewa, na którym siedział. Parę chwil później dołączyło do niego jeszcze pięć innych. Robotnik zadrżał, z gardła wydobył mu się głośny szloch, a zaraz potem łzy obficie zaczęły spływać mu po twarzy. Przeczuwał, że to już jego koniec, ścisnął mocniej komórkę szukając w niej opcji dyktafonu. Ręce mu się trzęsły, ale znalazł co chciał i uruchomił aplikację.

“Mamo…” Nie próbował być silny, jego głos był płaczliwy, słychać było, że jest bliski histerii. “Wiedz, że pomimo tego co robiłem, zawsze cię kochałem. Błagam cię o wybaczenie…”

Urwał, konar na którym siedział zatrząsł się. Nagle coś skoczyło mu na ramię. Wrzasnął próbując zrzucić z siebie futrzaste stworzenie, które ugryzło go w kark. Szamotał się i udało mu się strząsnąć coś, co okazało się wiewiórką. Nie miał czasu zareagować, bo rzuciło się na niego stado gryzoni. Wierzgał, krzyczał, przeklinał i błagał, zwierząt było jednak za dużo. Gryzły go wszędzie gdzie się dało. Przegryzły dżinsy jakie miał na sobie i zaatakowały udo. Wszystkie wiewiórki starały się uszkodzić główne naczynia krwionośne. Mężczyzna walczył, ale był wyraźnie przytłoczony ilością przeciwników. Gryzoniom udało się rozszarpać każdą arterię, do której miały dostęp. Groteskowe bulgotanie i makabryczne jęki zakończyły ostatnią wiadomość, którą nagrywał dla swojej matki.

Mężczyzna wykrwawił się, jego ciało zawisło na konarze, na którym umarł. Wilki przestały warczeć i rozeszły się w różne strony. Wiewiórki przyglądały się jeszcze przez chwilę zmarłemu, a następnie opuściły drzewo, wracając do przerwanego poszukiwania orzechów.


Sam martwił się. Sprawa w Cadmen bardzo mocno odbiła się na jego bracie. Dean spędzał swe dni na piciu alkoholu i wpatrywaniu się w swój pistolet. Musiał bardzo wszystko przeżywać, bo nie ruszył nawet szarlotki, która została kupiona specjalnie dla niego. Młody Winchester próbował skontaktować się z Castielem, ale bezskutecznie, a starszy łowca odmówił wciągania w tę sprawę matki. Sytuacja powoli stawała się beznadziejna. Dean zaczynał tracić grunt pod nogami, pozostawała nadzieja, że nie wpadnie w spiralę śmierci.

Jedynym wyjściem z tej sytuacji było znalezienie jakiegoś zajęcia. Coś co zajmie umysł mężczyzny do tego stopnia, że przestanie użalać się nad sobą. Sam spędził trochę czasu poszukując informacji. Potrzebował jakiejś sprawy i im dalej tym lepiej. Przy okazji sprawdził też co pisano o Winchesterach i jak w tym wszystkim odnajdywał się Eric.

Problem polegał na tym, że żaden z braci nie obwiniał policjanta za to co się stało. Byłoby prościej, gdyby zrzucili na Harriosna winę, ale Eric był najmniej odpowiedzialny za bajzel związany z morderstwami. Wszystko, co wtedy zrobił, było spowodowane poczuciem obowiązku i szoku emocjonalnego. Każdy z mężczyzn rozsypał się tamtego dnia, nawet Sam, ale nie mógł pozwolić sobie na odczuwanie beznadziejności i rozgoryczenia. Musiał pozostać silny dla brata, wesprzeć go i pocieszyć. Zepchnął więc własne poczucie winy tak głęboko, jak tylko mógł, zakopał je pod troską braterską miłością i determinacją. Pozostało liczyć, że nic się spod tej sterty nie wygrzebie.

Ich profesja często wymaga podejmowania trudnych decyzji, a niewinni ludzie często za to płacą. Łatwiej jest po prostu zabić demona niż go egzorcyzmować i z punktu widzenia czysto łowieckiego jest to nieco praktyczniejsze. Czasami okoliczności wymuszały pewne zachowania. Sam jednak był pewny, że Dean odtwarza bez przerwy te trzy dni spędzone w Cadmen, przypuszczał, że rozmyśla również nad tym, ile osób zginęło przez niego w ciągu ostatnich dwóch dekad. Mówiło się, że nawet najtwardsi się załamują pod odpowiednim naciskiem. Młodszy Winchester westchnął, zastanawiał się czy ojciec miał takie momenty.

Otrząsnął się z myśli i podniósł się z krzesła. Ruszył w kierunku pokoju brata, bo było to jedno z dwóch miejsc, gdzie mógł znaleźć Deana. Zastał go leżącego na łóżku, oglądał “Ulicę Sezamkową”, popijając piwo. Na ekranie Hrabia właśnie zaczął liczyć nietoperze, gdy starszy Winchester zorientował się, że nie jest sam. Nie odezwał się jednak, całkowicie ignorując obecność brata.

“Pakuj się, jedziemy w drogę.”

“Jestem trochę zajęty.” Odparł Dean, nie spuszczając spojrzenia z telewizora.

Sam stał przez chwilę w milczeniu. Ostatecznie przeszedł przez pokój i stanął przed telewizorem, zasłaniając widok. Założył ręce na piersi i czekał, aż brat się do niego odezwie.

“Nie jadę. Mam lepsze rzeczy do roboty.”

“Jak oglądanie Muppetów telewizji?” Sam był dumny z siebie, że głos mu nie zadrżał. Ta cała sytuacja przerażała go. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek drugi mężczyzna rozkleił się tak bardzo. “Siedzenie na tyłku i wlepianie wzroku w szklany ekran jest zupełnie nie w twoim stylu.” W przeciwieństwie do zapijania się na śmierć, pomyślał Sam gorzko.

“Nie sądzę, żeby moje polowanie zrobiło dla świata coś dobrego.” Dean skrzywił się, po raz pierwszy powiedział na głos, co dręczyło go od powrotu do bunkra.

“Jesteś idiotą. Od ilu lat to robisz? Dwudziestu? Ile spraw spieprzyłeś w tym czasie?” Sam nagle nabrał wiatru w żagle, wstąpiła w niego nowa energia, aż sam się dziwił z jaką pasją i przekonaniem mówił. “Cadmen było katastrofą, przyznaję, ale pomyśl o tym, co osiągnęliśmy.  Ratujemy świat, zdarzają się nam potknięcia, ale jesteśmy ludźmi. To nie był pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni raz, gdy zawaliliśmy na całej linii. To ryzyko, które musimy akceptować. Policz sobie, ile osób uratowaliśmy choćby w trakcie ostatniego roku i powiedz mi, że nie było warto.”

Dean wpatrywał się w milczeniu w brata. Trudno było powiedzieć, czy faktycznie prowadzi kalkulację, analizuje to, co zostało powiedziane, czy po prostu ignoruje problem. W końcu westchnął.

“To gdzie się wybieramy?”Zapytał z rezygnacją w głosie.

“Północne Maine.” Padła szybka odpowiedź. Dean posłał mu zdziwione spojrzenie.

“Północne Maine?” Powtórzył z niedowierzaniem. “A co się dzieje w północnym Maine?”

“Zwierzęta dziwnie się zachowują.” Sam patrzył bratu prosto w oczy.

“Zwierzęta dziwnie się zachowują?” Dean powtórzył po raz kolejny, marszcząc czoło w zaskoczeniu i niepewności.

“Czy mówię niewyraźnie, że musisz wszystko powtarzać?”

“Nie, mówisz jasno. Chcę się po prostu upewnić, że dobrze zrozumiałem. Jedziemy do Maine, a przepraszam, do północnego Maine, bo zwierzęta się tam dziwnie zachowują? Wiesz, że to jakieś dwa dni jazdy z przystankiem jedynie na sen i jedzenie?” Sam wiedział, bardzo dobrze wiedział, ale im więcej kilometrów spędzą w drodze, tym mniej alkoholu wleje w siebie starszy łowca. “Jak niby się objawia to dziwne zachowanie?”

Sam zawahał się. Nie potrafił wyjaśnić dlaczego ta konkretna sprawa wydała mu się idealna. Przypuszczał, że to nie jest nic poważnego i łatwo przyjdzie im rozwiązać problem. Tego im było potrzeba, prostej, nieskomplikowanej sprawy, żeby zapomnieć o Missouri. Próbował powstrzymać drżenie mięśni twarzy, ponieważ przypadki dziwnych zachowań były dość absurdalne.

“Jeleń zaatakował myśliwego, wbił mu poroże w tyłek. Stado bobrów przegryzło opony w samochodach drwali robiących wycinkę. No i wróble odegrały scenę z “Ptaków”, tylko zamiast na budkę telefoniczną rzuciły się na  koparkę.”

 Dean patrzył przez kilkanaście sekund na brata, próbując przyswoić to, co mu powiedział. Nie był pewien, czy dobrze usłyszał, bo nie mógł słyszeć tego, co mu wydawało się, że usłyszał.

“Czyli mamy mściwego jelenia sadystę, chuligańskie bobry i ptasich statystów z filmu Hitchcocka? Dobrze wszystko zrozumiałem?”

“Tak. To by tak mniej więcej wyglądało.” Westchnął i z tak poważną miną na jaką go było stać, dodał. “Niektórzy twierdzą również, że idąc do lasu czują się obserwowani z nienawiścią przez drzewa.”

“Jesteś pewny, że to nie jest coś w wodzie? Kiepsko byłoby dojechać na miejsce i dowiedzieć się, że ktoś skaził chemikaliami zbiorniki z wodą pitną.” Dean nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale im dłużej debatowali na temat tej sprawy, tym bardziej zabawna mu się wydawała. Zaczął odczuwać przemożną chęć wycieczki na północ Maine, choćby dlatego, żeby zobaczyć niegrzeczne zwierzęta w akcji.

“Ty tak na poważnie? Zatruta woda zmusza zwierzęta do ataków na ludzi? Stać cię na lepszą teorię.”

Dean wzruszył ramionami, uśmiechnął się krzywo. Miał przygotowaną kąśliwą odpowiedź, ale powstrzymał się. Jednym haustem dopił resztkę piwa w butelce.

“Niech ci będzie. Pojedziemy tam, ale najpierw muszę się wyspać. Nie pozwolę ci prowadzić przez dwa dni, więc możesz od razu o tym zapomnieć.”

Sam uśmiechnął się, ale powstrzymał się przed okazaniem ulgi. Kiwnął tylko głową w odpowiedzi i wrócił do swojego pokoju, żeby zacząć się pakować.


Miasteczko Millinocket nie było duże, przy tak niewielkiej populacji bracia nie spodziewali się metropolii. Nic ich jednak nie mogło przygotować na to, co działo się na rynku. Pierwszą oznaką, że dzieje się coś dziwnego był brak miejsca do zaparkowania, wszędzie gdzie tylko się dało, stały samochody. Im bliżej centrum się znajdowali, tym robiło się coraz głośniej. Albo cała populacja zgromadziła pod ratuszem, albo przybyło mnóstwo przyjezdnych, bo plac wypchany był po brzegi. Winchesterowie znaleźli się w centrum jakiejś manifestacji. Ludzie wyraźnie podzielili się na dwa obozy. Transparenty trzymane przez protestujących głosiły, a przynajmniej te, które udało im się odczytać, że burmistrz jest szują, lasy to płuca Ziemi i że sama Matka Natura jest przeciwna. Ich przeciwnicy domagali się miejsc pracy, rozwoju gospodarki i mniej wydr zabijających kurczęta. To ostatnie wywołało uśmiech na twarzy Deana, co było miłą odmianą od zwyczajowego depresyjnego grymasu, który ostatnio przyjął.

Sądząc po nastrojach, tłum był bardzo bliski konfrontacji. Śmieszna ilość policjantów, jak na takie wydarzenie, nie gwarantowała pokojowej pikiety. Wydarzenie było jednocześnie fascynujące jak i przerażające, bo w jednej chwili mogła zacząć się rozróba. Obydwie grupy przekrzykiwały się wzajemnie i rzucały wyzwiskami. Nie wiedzieć czemu, Dean zaczynał się świetnie bawić.

“Dobrze byłoby wiedzieć o co chodzi.” Mruknął pod nosem Sam, obserwując wszystko z niepokojem.

“Mogę się założyć, że chodzi o las. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten protest dotyczył tego konkretnego lasu, który patrzy na ludzi złowrogo.” Zaśmiał się krótko.

“Nie śmiałbym się z tego.”

Bracia odwrócili się. Za ich plecami stał starszy mężczyzna ubrany w coś przypominającego skrzyżowanie szlafroka z togą. Trzymał w rękach transparent z napisem Natura nie musi bronić się sama. Sądząc po wyrazie twarzy był bardzo niezadowolony z niezbyt poważnej postawy Winchestera.

“Ten las rósł tu od bardzo dawna. Niektóre drzewa są starsze niż ten kraj. Wycinanie ich pod magazyny i fabrykę ceramiki jest bez sensu.”

“Tylko ty mógłbyś uważać, że nowe miejsca pracy i rozwój ekonomiczny jest bez sensu.” Odezwał się z wyrzutem inny protestujący, ubrany był w dżinsy i flanelową koszulę. Sylwetka i zniszczone dłonie nie pozostawiały wątpliwości, że mężczyzna pracuje fizycznie.

Szlafrok, jak Dean ochrzcił człowieka z transparentem, wzdrygnął się i posłał mordercze spojrzenie Flaneli. “Nie możemy pozwolić sobie na utratę tego lasu, ekosystem bardzo szybko załamałby się.” Szlafrok musiał niejednokrotnie wypowiadać tę formułkę, bo jego wypowiedź brzmiała na wyuczoną. “Ktokolwiek wydał pozwolenie na tę wycinkę, albo jest idiotą, albo przyjął olbrzymią łapówkę. To spory kawał naszej historii i kultury.”

“Błagam, oszczędź mi tego.” Flanela zdenerwował się, widocznie słyszał już te argumenty setki razy. “Nie obchodzą mnie legendy i te wszystkie strachy na Lachy. To jedna wielka bzdura. Potrzebujemy tej fabryki, to miasto powoli wymiera, nikt nie chce tu zostać, młodzież szuka perspektyw gdzie indziej. Niedługo wymrzemy.”

Obydwaj całkowicie ignorowali Winchesterów, tak bardzo skupili się na swojej kłótni, że wszystko wokół przestało mieć znaczenie. Bracia podejrzewali, że to bardzo stary zatarg. Każdy z nich miał swoje racje i nie chciał spojrzeć na sytuację z punktu widzenia drugiego. Konflikt nabierał intensywności, aż w końcu Szlafrok nie wytrzymał i uderzył Flanelę w twarz. Na twarzy uderzonego pojawiło się zaskoczenie, szybko się jednak otrząsnął i wyprowadził własny cios. Winchesterwie nie zdążyli nawet zareagować, gdy energia w otaczającym ich tłumie zmieniła się. Ktoś popchnął kogoś innego, kolejny wpadł na następnych i nagle rozgorzała walka. Łowcy znaleźli się w środku tego wszystko, Sam próbował nie angażować się, niestety silny cios w głowę pozbawił go przytomności.


Czcigodna stała w swojej pracowni gotując jakiś wywar, gdy nagle z hukiem otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszła starsza kobieta. Miała bardzo niezadowoloną minę i emanowała złością.

“Justine.” Czcigodna powitała ją zimnym tonem. “Co tu robisz?”

“Co ja tu robię?” Odpowiedziała czarownica głosem pełnym furii. “Co ty tu robisz? Gotujesz… ” Spojrzała na składniki stojące na stole i skrzywiła się. “… bombę dymną, dlaczego gotujesz bombę dymną? Czyż nie jest to najbardziej bezużyteczna rzecz dla kogoś z twoją pozycją?”

Czcigodna nie odzywała się, skoncentrowała się na swoim zadaniu. Gdy miała pewność, że może przerwać bez żadnych konsekwencji, odłożyła kopyść na stół.

“Robię bombę dymną, bo nie można zapominać podstaw. Najbardziej skomplikowane rytuały i zaklęcia mogą zawieść, gdy nie ma się pojęcia jak łączyć ze sobą najprostsze składniki.”

Justine najpierw zbladła, a po chwili czerwień zdenerwowania powróciła na jej twarz. Ten komentarz był ciosem poniżej pasa. Chwilę zajęło jej pozbieranie się, odchrząknęła i wróciła do pierwotnego toku myśli.

“Co tu robisz, gdy ci łowcy pojawili się w strefie naszej operacji? Ich obecność może wszystko zepsuć, trzeba się ich stamtąd jak najszybciej pozbyć.”

“Oczywiście, że się tam pojawili.” Czcigodna nawet nie podniosła głosu, a ton jej wypowiedzi i sugerował, że traktuje swoją rozmówczynię protekcjonalnie. “Są częścią rytuału, będzie ich ciągnąć w obszary naszych działań, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. Magia związała ich z nami. Słowo daję jesteś głupsza niż Urszula, a ona przynajmniej nie aspiruje do zajęcia mojego miejsca, a w każdym razie nie teraz.”

“Nie możemy sobie pozwolić, aby wmieszali się w sprawy Sabatu.” Justine nie ustępowała, jako poprzednia Czcigodna uważała, że ma pełne prawo do kwestionowania decyzji przywódczyni, z którą się nie zgadzała.

“I ty się dziwisz, że straciłaś swoją pozycję.” Czarownica westchnęła. “Słowo daję, gdybym miała jakiekolwiek wyrzuty sumienia, że zmanipulowałam twój Obrządek Cienia, to teraz bym je straciła.”

“To byłaś Ty?” Furia i niedowierzanie wezbrały się w starszej kobiecie. Gniew włożony w tak krótkie pytanie był niemal namacalny.

“Dziwisz się? Zobacz, co twoje przywództwo z nami zrobiło? Siedziałyśmy cicho, inne sabaty dokonywały wielkich czynów, a my co? Chowałyśmy się przed innymi i zbieraliśmy ochłapy magii, które zostały po obrządkach pozostałych sabatów. Ktoś musiał cię zdetronizować, bo twoja pasywność nas zabijała. Nie masz problemu z rytuałem jako takim, masz problem ze mną.” Czcigodna nadal nie podniosła głosu, było to na swój sposób przerażające. Utkwiła jedynie swoje zielone spojrzenie w Justine. “Drażni cię to, że moja moc jest słabsza niż twoja. Gdyby jednak siła była wyznacznikiem prawdziwego przywódcy, to nadal przewodziłyby nami podrzędne czarownice, takie jak ty. Moja magia jest silna, bo o to zadbałam i to cię wkurza najbardziej.” Czcigodna podeszła do małego stolika w kącie i nalała wody do kryształowej szklanki, upiła łyk. “Straciłaś swoją pozycję, bo jesteś zadufana w sobie. Uważałaś, że jesteś nietykalna, udowodniłam więc, jak bardzo się myliłaś. Ja podejrzewam o zdradę każdego, nawet Urszulę. Chociaż sama ją znalazłam, wprowadziłam do tego Sabatu i uczę tego, co wiem. Bycie czarownicą nie polega na mamrotaniu zaklęć i nienawiści do wszystkiego. To planowanie, to podniesienie magii na wyższy poziom, to polityka i knucie.” Urwała, odetchnęła głębiej, bo zaczynała się denerwować. Justine wywoływała w niej najgorsze emocje. “Właśnie dlatego podjęłam decyzję o odprawieniu Rytuału Mocy, mimo twojego sprzeciwu. Dlatego zdecydowałam, że krwawe diamenty będą jego częścią, pomimo olbrzymiego ryzyka jakie niesie ze sobą to posunięcie. Mogą zniweczyć nasze wysiłki za każdym razem, gdy pojawią się tam, gdzie działamy, a jednak zaryzykowałam. Ten rytuał da nam wszystko, czego zawsze chciałyśmy jako czarownice. Tobie jednak odbija, bo to ja jestem Czcigodną, jeśli odniesiemy sukces, to ja najwięcej na tym zyskam i nie chcesz tego zaakceptować, bo sądzisz, że należy się to tobie. Podburzasz teraz kogo się da, aby zająć moje miejsce, albo zmusić mnie do zmiany Szlachetnych, na co i tak jest już za późno. Teraz pozostały dwa wyjścia, albo Rytuał Mocy odniesie spektakularny sukces, albo zakończy się totalną klęską. Tak czy inaczej dostaniesz to, czego pragniesz: więcej mocy albo moją głowę.”

Justine wpatrywała się w Czcigodną. Szukała odpowiednich słów, ale wszystko co przychodziło jej na myśl było jedynie przekleństwami. Miała zbyt wiele klasy, by zniżyć się do tego poziomu, dlatego odwróciła się więc na pięcie i wyszła z pracowni, demonstracyjnie trzaskając drzwiami. Czarownica patrzyła jeszcze za nią i dopiła resztkę wody w szklance.

“Możesz już wyjść Urszulo.” Powiedziała patrząc wciąż na drzwi, którymi wyszła Justine. “Powinnam cię skarcić za podsłuchiwanie, ale to była ważna lekcja dla ciebie. Pamiętaj, że czarownice nie są miłe, uprzejmość jeszcze nie wprowadziła żadnej z nas na szczyt. Nasza polityka zawiera mnóstwo knucia, manipulacji, zdrad i podstępnie rzuconych klątw. Pamiętaj o tym.” Odwróciła się w kierunku uczennicy, która wyszła zza kotary ukrywającej sekretne przejście. Urszula skłoniła się nisko swojej nauczycielce. “Pewnego dnia będę niezmiernie dumna, gdy wbijesz mi nóż w plecy, bo to będzie oznaczać wyszkoliłam godną następczynię. A teraz podejdź, mam dla ciebie zadanie.”


Sam obudził się potężnym bólem głowy. Rozejrzał się i zorientował się, że znajduje się na łóżku szpitalnym. Nikogo przy nim nie było, podniósł się i rozejrzał się wokół. Znajdował się w sali z sześcioma innymi osobami. Podpięty był do kroplówki, która zeszła mniej więcej w połowie. Winchester nie pamiętał, kiedy ostatni raz był w szpitalu, nie liczył tej zarazy sprzed roku, bo znalazł się tam służbowo. Wyciągnął igłę z ręki i zszedł z łóżka, nie zdążył nawet dojść do drzwi, kiedy stanęła w nich pielęgniarka. Skrzywiła się na jego widok.

“Powinien pan odpoczywać, panie Jackson. Stracił pan przytomność.”

Chwyciła go za ramię i delikatnie acz stanowczo pociągnęła go z powrotem do łóżka. Łowca z ociąganiem dał się poprowadzić. Ostatecznie zdecydował, że walczenie jest bezsensowne. Przez chwilę zastanawiał się, czy ucieczka nie jest warta zachodu, ale szybko porzucił tę myśl. Kobieta nie zachowywałaby się uprzejmie w stosunku do niego, gdyby znajdował się w tarapatach. Fakt, że nie został przykuty do łóżka i nikt nie wzywał ochrony jedynie potwierdzał jego tezę. Pielęgniarka musiała wziąć jego zachowanie jako oznakę urazu, bo jej twarz nagle złagodniała. Poklepała go delikatnie po ramieniu i uśmiechnęła się.

“Proszę się nie martwić, zawiadomię lekarza i pańskiego brata, że się już pan obudził. Tę kroplówkę trzeba będzie ponownie podłączyć, zaraz się tym zajmiemy.”

Sam jedynie przytaknął. Pielęgniarka poprawiła koc, którym przykryła mężczyznę, a gdy upewniła się, że łowca pozostanie na swoim miejscu, przesunęła się do innego pacjenta. Kobieta dwa łóżka dalej najwyraźniej wezwała pielęgniarkę, gdy zobaczyła, że Sam postanowił się wypisać, bo spojrzała tylko jego w jego stronę i potrząsnęła głową w odpowiedzi na jakieś pytanie.

Dwadzieścia minut później, po krótkiej i zupełnie niepotrzebnej wizycie lekarskiej, przyszedł do niego brat i to w towarzystwie. Sam skakał spojrzeniem od Deana do policjanta, który przyszedł go przesłuchać. Nie bardzo rozumiał, co konkretnie się działo i nie podobało mu się. Poza tym nie wiedział, co dokładnie drugi łowca powiedział tym ludziom. Rozbieżne historie wzbudziłby jedynie podejrzenia. Postanowił grać kartą zdezorientowania, w końcu położyli go tu z podejrzeniem urazu po ciosie w głowę.

“Wyjaśniłem już wszystko z pańskim bratem, moja obecność to zwykła formalność.” Mężczyzna westchnął cicho. “Chciałbym zapytać, czy zdecydował się pan wnieść skargę na Erniego i Roberta.”

Sam zmarszczył czoło, nawet nie musiał udawać, kompletnie nie rozumiał, o co dokładnie chodzi. “Kim jest Ernie i Robert?” Zapytał w końcu. Na twarzy policjanta na chwilę pojawiło się zaskoczenie, które zaraz zniknęło.

“Prawda. Zapomniałem, że nie jest pan stąd. Proszę wybaczyć.” Mężczyzna oblizał suche wargi. “Ernie i Robert to dwaj mężczyźni, których kłótnia doprowadziła do pańskiego nieszczęśliwego wypadku. Mieszkają tu od lat i ludzie zaczynają wierzyć, że przeznaczona jest im wieczna swara. Jakiegokolwiek problemu by im nie przedstawić, będą mieć odmienne zdanie. Wszyscy są pewni, że w dniu, w którym się w czymś zgodzą, nastąpi koniec świata.” Policjant zdobył się na uśmiech, który szybko spłynął mu z twarzy, gdy jego żart nie został odebrany w sposób jaki oczekiwał. “Zazwyczaj są oni źródłem rozrywki dla mieszkańców naszego miasteczka. Po raz pierwszy jednak ich kłótnia doprowadziła do rozruchów. Jeżeli chce pan wnieść skargę, to nadal mam ich w areszcie.”

Młodszy Winchester wyglądał jakby zastanawiał się chwilę. Zrobił to z kilku powodów. Wykorzystał ten czas na ogarnięcie skołatanych myśli. Szybkie spojrzenie na Deana i jego spokojny wyraz twarzy, powiedziały łowcy, że nie ma czym się martwić.

“Nie, nie będzie takiej potrzeby. Chciałbym zapomnieć, że to się w ogóle wydarzyło i stąd wyjść jak najszybciej.”

Gliniarz skinął tylko głową, wyraźnie mu ulżyło. Zebrał więc swoje rzeczy, pożegnał się i bardzo szybko wyszedł, zupełnie jakby się bał, że Sam nagle zmieni zdanie. Winchester obserwował drzwi, po czym odwrócił się do brata i zapytał.

“No dobra, teraz kiedy jesteśmy sami, oświeć mnie.”

“Człowieku… “Odparł Dean, szczerząc zęby, był nieco zbyt zadowolony jak na gust Sama. Miał w związku z tym złe przeczucia, jeszcze niedawno starszy łowca pił na umór i oglądał bajki zamknięty w pokoju z w pełni wyewoluowaną depresją. Taki nagły zwrot o 180 stopni był bardzo niepokojący. “Szlafrok i Flanela zaczęli się okładać. Zobaczyli to inni ludzie i postanowili przyłączyć się do zabawy. Na szczęście byli to głównie ekolodzy i garnitury, więc walka było mało ekscytująca. Trudno było to w ogóle nazwać bitwą, więcej energii widziałem u dzieci niż u tych protestujących.” Wykrzywił usta w uśmiechu i westchnął. “W każdym razie ktoś przywalił ci transparentem w łeb. Gdy się zwaliłeś jak kłoda, ludzie się przestraszyli i zaczęli zwiewać. Było zbyt dużo świadków, żeby uniknąć szpitala i tak tu się znaleźliśmy.”

“Wyglądasz na…” Sam szukał chwilę odpowiednich słów, by nie zranić drugiego mężczyzny. “… szczęśliwego. Nie spodziewałbym się tego zobaczyć jeszcze dwa dni temu.”

“Dawno tak dobrze się nie bawiłem, cieszę się, że mnie przekonałeś do przyjechania tutaj. Czuję w sobie wielką energię, jestem gotowy do działania, wręcz nie mogę usiedzieć na miejscu tak jestem podekscytowany. To miejsce działa na mnie stymulująco.”

Ucieszona twarz Deana i jego zachowanie były tak bardzo nie w stylu łowcy, że Sam zaczynał się martwić. Tu naprawdę musiało dziać się coś dziwnego. Młodszy Winchester zapragnął wyjść stąd jak najszybciej. Siedząc w szpitalnym łóżku tylko marnował czas.

“A właśnie. Zwierzęce zbrodnie eskalowały.” Dean utracił całą radość i zastąpił ją pełną powagą. “Słyszałem, że znaleziono zwłoki drwala, ‘zwisało z drzewa. Wykrwawił się na śmierć. Ludzie mówią, że coś go zagryzło, dobrze byłoby zobaczyć raport z autopsji, żeby mieć pełny obraz.”

“Jak to zrobimy?” Zapytał Sam. “Przypadki nie są na tyle dramatyczne, żeby wysyłali tu agentów FBI, śmierć tego chłopaka pojawiła się za późno, żebyśmy mogli podawać się za przedstawicieli władz.”

“Nie musisz się już tym martwić. Twoja wizyta w szpitalu zmusiła mnie do szybkiego myślenia. Powiedziałem policji, że jesteśmy dziennikarzami, którzy badają tę sprawę i chcą napisać artykuł. Wyobraź sobie, że obie strony konfliktu ucieszyły się na tę wiadomość. Wszyscy pragną, abyśmy uznali ich rację i opisali ich poglądy w pozytywnym świetle.” Dean był niezwykle z siebie dumny, bardzo wyraźnie brzmiało to w jego głosie. “Mamy zaproszenie na rozmowę zarówno od miejskiego ruchu ekologicznego, jak i zwolenników rozwoju miasta nazywających się Milami. Zakładam, że ma to coś wspólnego z nazwą tej dziury i połaciami lasu, które chcą wyciąć.”

Młodszy Winchester był pod wrażeniem tego, jak Dean załatwił sprawę. Jeszcze parę dni temu nie byłby tak efektywny. Uśmiechnął się i odrzucił koc na bok.

“Chodźmy poszukać lekarza, potrzebuję wypisu i to szybko.”


Ruch ekologiczny Zielona Kraina miał swoje biuro blisko ratusza. Zajmowali niewielką przestrzeń i tłoczyli w małych pomieszczeniach. Siedziba tętniła życiem, czekając na wizytę z ich przedstawicielem, zabijali czas przeglądając materiały promocyjne wręczone im przez jakiegoś pracownika. Jak na razie nic odróżniało siedziby ekologów od typowych biur. Poza typowym wyposażeniem biurowym nie było tu nic godnego uwagi. Wyglądało na to, że albo dopiero zajęli te pomieszczenia, albo nie przejmowali się estetyką i personalizacją miejsca pracy.

Bracia zostali wprowadzeni do gabinetu prezesa stowarzyszenia. Mężczyzna w średnim wieku, w pomiętej koszuli i niechlujnym zarostem przedstawił się jako Arthur Morris. Był zadowolony, że prasa zainteresowała się wypadkami w Millinocket, bo rozgłos oznaczał więcej zwolenników i pieniędzy. Arthur był człowiekiem bardzo rzeczowym, mówił zwięźle i starał się nie zanudzić swoich rozmówców. Widać było, że ekscytuje się tym co robi. Mniej więcej dwadzieścia minut po rozpoczęciu wywiadu, łowcom udało się wejść na temat, który ich interesował. Tyle również im zajęło dojście do wniosku, że ekolog coś ukrywa.

“Jakie jest twoje zdanie na temat dziwnych zachowań zwierząt?” – Zapytał Dean swobodnie. Już po pierwszym pytaniu porzucili wszelkie formalności.

Morris musiał oczekiwać tego pytania, bo wyraz jego twarzy się nie zmienił. Nie zastanawiał się nawet zbyt długo nad odpowiedzią.” Natura zawsze miała sposoby na obronę przed człowiekiem, ale te tak zwane incydenty to nic innego jak wyolbrzymienie sprawy. Zwierzęta bronią się przed ludźmi tak jak tylko mogą. To były przypadki, wypadki i błędna ocena sytuacji.” Uśmiechnął się szeroko. “Oczywiście, jeśli ktoś wierzy, że mieszkańcy lasu bronią swojej ziemi, to kim ja jestem, żeby im mówić, w co mają wierzyć? To tylko działa na moją korzyść.”

Sam rozglądał się po pomieszczeniu słuchając odpowiedzi, biuro było niemal gołe. Jak cała reszta siedziby Zielonej Krainy. Poza regałami, których półki wypełnione były jakimiś dokumentami, nic ciekawego się tutaj nie znajdowało. Ilość papieru w tym jednym biurze pozwalała kwestionować miłość do drzew jaką szerzyli ci ludzie.

“W materiałach promocyjnych, które nam pokazano” Sam przerzucił kilka kartek w folderze trzymanym w rękach “jest mowa o corocznym pikniku, który jest urządzany w okolicy, gdzie dochodziło do incydentów. Czemu akurat tam?”

Łowców bardzo interesowało, dlaczego grupa ekologów każdego roku zawsze spotykała i świętowała w tę samą noc, niezależnie od dnia tygodnia. Sprawdzili to i w tym dniu nie było nic niezwykłego dla miłośników natury, poza początkiem astronomicznego lata, przesileniem letnim i nocą świętojańską – świętem pogańskim obchodzonym przez niemal wszystkie ludy europejskie. Dean był gotów postawić każde pieniądze, że spotykali się właśnie z tego ostatniego powodu.

Arthur został zaskoczony tym pytaniem jedynie na chwilę. “To bardzo piękna i spora polana w pobliżu rzeki. Idealne miejsce na duże zgromadzenia, gdzie można się bawić i pluskać w wodzie. Dzieci uwielbiają nasze pikniki.”

“Czyli oskarżenia, że to Zielona Kraina odpowiada za te wypadki, są całkowicie wyssane z palca?”

 Morris wiercił się przez sekundę na swoim fotelu. W końcu wstał i podszedł do okna, otworzył je, wpuszczając do środka nieco świeżego powietrza.

 “Ludzie, którzy nas o to oskarżają nie mają raczej zielonego pojęcia, jak trudno byłoby ustawić coś takiego. Prawie mam ochotę się do tego przyznać, tylko po to, aby zyskać uznanie, że udało mi się zmanipulować nie tylko ludzi, ale i dzikie zwierzęta.”

Młodszy Winchester przez ostatnie kilka minut przyglądał się przyciskowi do papieru leżącym na biurku Morrisa. Trzy zawijasy z czymś mu się kojarzyły, ale nie potrafił sobie przypomnieć z czym.

“Czyli zaprzecza pan, że ma cokolwiek wspólnego z tymi atakami.” Podjął Dean, pozwalając bratu na odnalezienie w pamięci tego symbolu.

“Owszem, zaprzeczam. To niedorzeczne oskarżenie, jak niby miałbym to zrobić i po co?”

“Żeby podtrzymać legendę o lesie, który atakuje tych, którzy działają na jego szkodę?” – Starszy Winchester starał się mocniej przycisnąć ekologa. “Musi pan przyznać, że taka historia nie jest ciekawa pod względem PR, ale tworzy pewnego rodzaju mitologię, która może ostatecznie wpłynąć na decyzję o tym, czy wycinać drzewa, czy nie. Nie wiem oczywiście ‘jak’, ale magik rzadko zdradza swoje sekrety, nieprawdaż?”

Uśmiechnął się szeroko do niego, a w odpowiedzi Morris posłał łowcy niemal mordercze spojrzenie. Widać było, że denerwuje go coraz bardziej ta rozmowa. Bracia nie potrafili jednoznacznie określić dlaczego tak się dzieje.

“Powtarzam po raz kolejny” głos mężczyzny był gniewny “nie mam z tym nic wspólnego.”

Winchesterowie spojrzeli po sobie. Uznali, że niczego więcej nie dowiedzą się od niego. Teraz pozostawało poszukać informacji gdzie indziej. Sam wstał z krzesła i podał rękę Arthurowi. Postanowił wykorzystać sytuację, podniósł przycisk do papieru z biurka i obrócił go w palcach.

“Ciekawa rzecz.” Zaczął, obserwując jak mężczyzna się spina. “Widziałem kiedyś coś takiego, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Co oznacza ten symbol?”

“Nie mam pojęcia.” Morris odpowiedział wolno, jego głos nagle stracił gniewne brzmienie i stał się płaski. “Żona znalazła to na jakiejś wyprzedaży i uznała, że mi się spodoba. Tak między nami, to straszne paskudztwo, ale nie mogę tego wyrzucić. Żona często tu wpada, a ja lubię swoje łóżko, jest wygodniejsze niż kanapa.”

Uśmiechnął się… nijako. Tylko tak można było to określić, bo nie niosło ze sobą żadnej rozpoznawalnej emocji. Utrzymywał głos w stałym monotonnym tonie, co zapaliło łowcy lampkę ostrzegawczą. Należało się bliżej przyjrzeć Arthurowi Morrisowi, bo bracia byli całkowicie przekonani, że mężczyzna coś ukrywa.


Sam wykorzystał okazję i włamał się do policyjnych archiwów, co okazało się niezbyt skomplikowane. Łowcy przeczytali całą policyjną dokumentację dotyczącą każdego z incydentów. Czytając, starszy Winchester wrócił myślami do Erica Harrisona. Żaden z gliniarzy nie prezentował jego poziomu oddania i wszystkie notatki były skąpe i mało informacyjne.

Detektyw ostatnio często zajmował ich myśli, mieli wrażenie, że im go brakuje i nie potrafili tego wyjaśnić. Nie rozmawiali ze sobą na ten temat, nawet tego nie wspomnieli, więc żaden nie miał pojęcia, że czują dokładnie to samo. Dean obawiał się, że ta tajemnicza tęsknota ma to coś wspólnego z jego niepewnością i wątpliwościami dotyczącymi własnych umiejętności. Zupełnie jakby potrzebował silnego kompasu moralnego do prowadzenia go za rękę. Sam z kolei odczytywał to uczucie jako wizualizację problemów Deana, które były bardzo mocno powiązane z policjantem, tak jakby jego obecność miała wszystko rozwiązać. Obydwaj zepchnęli myśli o Ericu i skoncentrowali się na swoim zadaniu.

Raport z autopsji był nieco zaskakujący. Dowiedzieli już, że ofiara to 26-letni Jeremy Smith, ważący 100 kg, dobrze zbudowany z szerokimi i silnymi ramionami. Został pogryziony przez gryzonie, a na podstawie pozostawionych śladów zębów ustalono, że to były rude wiewiórki. Małe zwierzęta przegryzły mężczyźnie tętnice w czterech miejscach na szyi, lewym udzie i na obydwu ramionach. Bracia zastanawiali się jak wiele ich było, skoro były w stanie przytłoczyć i zabić mężczyznę o takich gabarytach.

Rozmowa z przedstawicielem grupy Mile nie wniosły do sprawy nic ciekawego. Byli to głównie młodzi ludzie i rodziny robotnicze. Las nic dla nich nie znaczył, stał jedynie na przeszkodzie. Wychodzili z założenia, że jest mnóstwo drzew w okolicy, więc utrata kilku mil kwadratowych nie powinna stanowić problemu. Irytowały ich te incydenty, ponieważ odwlekały pracę.

“To na pewno Zieloni.” Gorączkował się Robert Whele znany również jako Flanela. “Sfabrykowali to wszystko. Tego faceta od jelenia pewnie nafaszerowali narkotykami i użyli czegoś do zadania rany. Opony sami mogli pociąć, a atak na koparkę był w nocy i nikt nic konkretnego nie widział. Nie jest sztuką rzucać w duży pojazd zdechłymi ptakami i kamieniami.” Flanela był wyraźnie zadowolony ze swojego toku myślenia.

“W nocy?” Skrzywił się Sam. “A co operator koparki robił tam w nocy? To trochę dziwne, nie uważa pan?”

“No może to nie była noc.” Mężczyzna podrapał się w głowę. “Jestem jednak pewny, że było wtedy ciemno.”

Dean przerzucił kartki w swoim notesie i szukał czegoś przez chwilę. “Powiedziano nam, że do incydentu doszło tuż przed końcem zmiany, około godziny 15.30. Na początku kwietnia trudno o zmrok o tej porze.”

Robert fuknął i wydął wargi. Był niezadowolony. “No dobra, było popołudnie, co z tego? Cokolwiek się stało, zostało upozorowane. Skoro było widno to wykorzystali oślepiające słońce, żeby ogłupić swoją ofiarę. Tak, to na pewno to.” Flanela rozpromienił się, był dumny ze swojego toku myślenia. “Kto wie, może to nawet Ernie brał w tym udział, sami widzieliście” spojrzał znacząco na Winchesterów “że jest agresywny i niebezpieczny.”

“Może za tym wszystkim nie stoi Zielona Kraina a Mile. Jeśli okoliczne lasy okażą się zbyt niebezpieczne dla mieszkańców, będzie większy nacisk na władze, żeby rozwiązać problem permanentnie. To na pewno odpowiadałoby waszej sprawie.”

Robert myślał nad tym chwilę. Nie mógł się zdecydować, czy powinien być obrażony za insynuację, czy zadowolony, bo mimo wszystko działało to na ich korzyść. Analizował sprawę pełną minutę, aż w końcu go olśniło.

“Prościej byłoby wydać zakaz i postawić ogrodzenie. Także nie, to na pewno nie my. Ten las jest tu zbędny, nie potrzebujemy drzew tylko miejsc pracy. Właśnie.”

Z tym stwierdzeniem szybko się pożegnał i odszedł. Bracia wiedzieli, że istnieje bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że ktoś z grupy Mile odpowiada za aktualny stan rzeczy.

“To tylko ja” mruknął Dean “czy jedni są dziwni a drudzy głupi?”

“Nie, nie tylko ty.” Odpowiedział Sam. “Całe miasto to jedno wielkie wariatkowo.”


To była jedyna knajpa w mieście. Winchesterowie otrzymali właśnie swoje zamówienie, gdy do ich stolika podeszła młoda, może dwudziestoletnia, dziewczyna. Wślizgnęła się na kanapę obok Deana. Jej twarz schowana była za spływającymi na oczy czarnymi włosami. Bracia przez chwilę czuli się zdezorientowani. Sam odchrząknął. Dziewczyna podniosła wzrok i utkwiła go w siedzącym na przeciwko niej Winchesterze.

“Jestem Caroline Morris. Mam informacje, które mogą was zainteresować.” Zrobiła dramatyczną pauzę. “Wiem, co naprawdę dzieje się w tych lasach i co ukrywa Zielona Kraina.”

“Oświeć nas zatem.” Młodszy łowca patrzył w oczy Caroline. Dean rozejrzał się po knajpie, zupełnie jakby spodziewał się ataku.

“Ci ekolodzy to tak naprawdę druidzi, którzy od wieków służyli Antycznemu, tak go nazywają, bo żył tu od zawsze. Prawdopodobnie ostatni na naszym kontynencie.” Przekrzywiła głowę i spojrzała gdzieś na lewo od Sama. “Chociaż może jest jeszcze jakiś w Kanadzie, nie zdziwiłoby mnie to, tam mają mnóstwo dzikich terenów.”

“Kim jest ten Antyczny?” Padło pytanie zadane niecierpliwym tonem.

– Leszy. Te lasy to terytorium leszego. Atakuje ludzi, bo naruszyli ziemię, którą zajmuje od pokoleń.

Sam momentalnie wyciągnął swojego laptopa i zaczął szukać informacji. Pierwszy raz słyszał o tym potworze, nie pamiętał czy Ludzie Pisma wspominali o nim w którejś z książek. Dziewczyna zmarszczyła czoło i wydęła usta w niemym niezadowoleniu, że nagle straciła całą uwagę. Rzuciła szybkie spojrzenie na Deana, który spytał.

“Chcesz powiedzieć, że jedna strona konfliktu to banda druidów czcząca stwora zwanego leszym?”

“Wikanie też, niektórzy z nich uważają Antycznego za manifestację Rogatego Boga, czy jakoś tak. Nie do końca rozumiem ich wierzenia. W każdym razie leszy będzie bronić swojego terytorium do upadłego. To ciekawa historia, prawda?” Wyciągnęła rękę w kierunku Deana. “Wy dziennikarze zawsze płacicie za informacje. Dajcie dwadzieścia, a powiem wam kto przewodzi kręgowi druidów i gdzie dokładnie znajduje się leże leszego.” Bracia spojrzeli na siebie. Starszy łowca westchnął i wyciągnął z portfela banknot, który położył Caroline na dłoni. Dziewczyna zacisnęła pięść na pieniądzach i momentalnie się podniosła. Napisała coś na serwetce i przesunęła ją w kierunku Deana. “Arthur Morris jest naczelnym druidem i nie mówcie mojemu ojcu, że to ja wam wszystko powiedziałam.”

Z tymi słowami odwróciła się i opuściła knajpę. Dean patrzył wyczekująco na brata, który wciąż przeglądał informacje znalezione w Internecie. Chwycił notatkę zostawioną przez dziewczynę i zmarszczył czoło. Na serwetce znajdowały się bardzo dokładne współrzędne geograficzne.

“To ciekawe. Leszy to stwór z mitologii słowiańskiej, co tutaj robi jeden z nich?”

“Przypłynął, bo mu się nudziło na starym kontynencie?” Sam nawet nie próbował tego komentować. “Może go przywieźli?”

“Wątpliwe. To stworzenia są związane z lasem. Przybycie tu w czasach kolonizacyjnych najprawdopodobniej byłoby bardzo nieprzyjemne, wyobrażasz sobie trzymanie czegoś takiego w klatce przez miesiące rejsu?” Westchnął. “Chociaż może i to zrobili, wszystko jest możliwe. Leszy to opiekun lasu, ma władzę nad zwierzętami. Jego stosunek do ludzi jest zależny od tego, w jaki sposób traktują las. Od pokojowego przez neutralny po wrogi. To by tłumaczyło dlaczego druidów zostawia w spokoju, nie próbują niszczyć jego terytorium i są przyjaźnie do niego nastawieni. Mają ten sam cel.”

“Ofiarą śmiertelną był drwal, który zarabiał na wycinaniu lasu.” Dean pokiwał głową i wepchnął sobie frytkę w usta. “Myśliwy od jelenia zapuścił się za daleko, bobry były ostrzeżeniem, ptaki bezpośrednim atakiem, a wiewiórki ostatecznością, bo nic innego nie poskutkowało.”

Dean zamknął oczy i westchnął głęboko. Nie odzywał się przez chwilę. Próbował ukryć swoje emocje, ale te były wystarczające czytelne dla drugiego Winchestera. Mężczyzna przeżywał właśnie jakiś dylemat moralny.

“To miała być prosta sprawa.” Odezwał się cicho, głos nieco mu się załamał. “Nic skomplikowanego, a teraz znowu to samo. To drugie Cadmen.”

“Co?” Sam nie nadążał za tokiem myślenia Deana. “Nie rozumiem.”

“Musimy wybrać Sammy, trzeba dokonać wyboru. Z jednej strony mamy stwora, który żyje w tych lasach od setek może nawet i tysięcy lat. Może nawet tu był, gdy dzieliły się kontynenty. Opiekował się tymi drzewami i zwierzętami. Pilnował własnych spraw, a teraz przyszli ludzie. Weszli na jego ziemię i zadeklarowali, że należy do nich, zbierali roślinność, zabijali zwierzęta i w końcu zaczęli wycinać las. Rozumiesz to? Ludzie swoją bezmyślnością i zachłannością doprowadzili do tego wszystkiego.”

Sam patrzył na Deana z szeroko otwartymi oczami. Nie przypuszczał, żeby łowca miał takie przemyślenia. Rozumiał jednak do czego mężczyzna się odnosił i skrzywił się. Sprawa była o tyle trudna, że leszy działał w obronie własnej, zwalczał najeźdźcę. Winchesterowie musieli wybrać: oszczędzić Antycznego i zapewnić bezpieczeństwo ludziom, czy zabić stwora i skazać leśny teren na całkowitą destrukcję.

Starszego łowcę zaczęły ogarniać wątpliwości. Dokonał złego wyboru w Missouri, teraz dylemat był jeszcze poważniejszy, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Tego było za wiele, spojrzał na brata, wyglądał jakby był bliski płaczu.

“Musisz zdecydować. Nie mogę podjąć takiej decyzji, już raz się pomyliłem i w efekcie zginęło pięć niewinnych osób. Nie mogę, po prostu nie mogę wziąć tego na swoje sumienie. Kurwa, to wszystko się popieprzone.”

Rzucił gniewnie. Podniósł się ze swojego miejsca. Czuł że musi się napić, trzeba było sprawdzić, czy serwują tu jakiś mocniejszy alkohol od piwa.


Ich praca była kiedyś prosta. Coś zabijało ludzi i stanowiło zagrożenie, więc musiało zostać wyeliminowane. Kto jednak w tej historii był potworem? Nie dawało to Deanowi spokoju. Nie było to nic prostego. Zrzucenie decyzji na Sama ulżyło mu. Poczuł, że łatwiej będzie mu żyć ze sobą jeśli tylko podąży za kimś innym, a jego brat mógł go prowadzić i wydawać instrukcje.

Młodszy Winchester jednak tego nie chciał, wolał mieć partnera niż ślepe narzędzie wykonujące rozkazy. Przydałby mu się ktoś taki już teraz. Jego myśli znów wróciły do Erica Harrisona i tym raz skrzywił się, bo zaczynało to przypominać obsesję.

Sam poszukał wszystkiego, co tylko mógł na temat leszego. Nie było tego wiele, bardzo mało pozostało z mitologii słowiańskiej, gdy chrześcijaństwo zaczęło przejmować religijną władzę w Europie. Stwór miał tylko jedną słabość – ogień. Oznaczało to, że musieli spalić go żywcem, jeśli zdecydowaliby się na jego uśmiercenie. Była to okrutna i niezwykle bolesna śmierć.

Wszystko sprowadzało się do jednego. Był to prosty i logiczny wniosek, musieli odpowiedzieć sobie na dwa pytania. Po pierwsze, jakie jest prawdopodobieństwo, że stwór znów zabije? A po drugie, czy potrafiliby zaakceptować kolejne ofiary?

“Ludzie nie zrezygnują z tego lasu. Będą wysyłać tam ludzi, którzy przypłacą to życiem.”

“Zapominasz o jednym.” Dean popatrzył w oczy bratu. “Leszy nie jest sam, czczą go i druidzi i wikanie. Będą go bronić.”

Całkiem logiczna myśl i osąd jak na kogoś, kto nie chciał angażować się intelektualnie. Sam wolał jednak tego nie kwestionować, ani tym bardziej wypominać. Gdy Dean angażował się w sprawę, robił to całkowicie i trudno było to zmienić.

“Musimy porozmawiać z Morrisem. Teraz wiedzą, że jest w stanie zabić. Zdają sobie też sprawę, że prędzej czy później, ktoś przyjedzie go uśmiercić. Być może nawet podejrzewają nas. Facet zrobił się nerwowy, gdy zacząłem pytać o ten symbol na przycisku do papieru.”

Zdecydowali więc, udać się do Zielonej Krainy i porozmawiać z Arthurem. Okazało się, że znalezienie naczelnego druida wcale nie było trudne, głównie dlatego, że nim zdążyli wyjść, zapukał do ich drzwi. Wszedł do pokoju powoli, bardzo nieśmiało. Obserwował obydwu braci, widać było, że mężczyzna się denerwuje.

“Sprawdziłem was. Nie jesteście dziennikarzami.  Zadzwoniłem do waszej redakcji i nikt tam o was nie słyszał. To pozostawia jeden wniosek. Biorąc pod uwagę sytuację oraz pytania jakie zadawaliście, sprawa jest dość jasna.”

Ściągnął z ramienia torbę i postawił ją na stole. Popchnął ją w kierunku Winchesterów. Sam zbliżył się do niej, oglądał ją przez dłuższą chwilę szukając jakiejś pułapki. Nie znalazł niczego. W końcu, odsunął suwak na tyle, by zauważyć, że torba wypełniona była pieniędzmi.

“Pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Nie posiadamy więcej. Wiem, że łowcy nie są bogaci, bo działacie poza granicami prawa i nie macie stałego źródła dochodu.” Druid oblizał suche wargi, zaczął się pocić ze zdenerwowania. “Weźcie te pieniądze i wyjedźcie z miasta.”

“A ty gwarantujesz, że leszy nikogo więcej nie zabije?”

Arthur zbladł, otworzył usta, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. W końcu wypuścił głośno powietrze. Nie spodziewał się, że Winchesterowie posiadają taką wiedzę.

“On jest nieszkodliwy. Opiekował się nim mój pradziadek sto lat temu. Jest bardzo związany z tym lasem, nigdy go nie opuścił i nigdy nie miał powodu, aby zrobić komukolwiek krzywdę.

“Sprawił, że stado wiewiórek wykrwawiło na śmierć człowieka. Kopia nagrania, które drwal wykonał swoim telefonem jest bardzo makabryczną ścieżką dźwiękową z tego morderstwa.”

“Jeremy Smith używał środków wybuchowych do, jakkolwiek by to nie brzmiało, wysadzania lasu, po tym jak inni odmówili powrotu w rejon działań Antycznego. Poszliście tam w ogóle, czy tylko oglądaliście zdjęcia wykradzione z policyjnej bazy danych? To co ten mężczyzna zrobił, głębokie leje, połamane wiekowe drzewa, zniszczone runo leśne, zabite ptaki i małe zwierzęta. Gdyby ktoś wszedł do waszego domu i zdetonował bombę w salonie, co byście zrobili?”

Druid coraz bardziej podnosił głos, ostatni zdanie wykrzyczał na łowców. Jego twarz zrobiła się czerwona. Zdenerwował się tak bardzo, że trudniej mu się oddychało.

“Ktoś zginął.” Upierał się Dean.

“Ktoś ginie codziennie. Od kiedy moja rodzina weszła z nim w kontakt, ponad sto lat temu, Antyczny zabił w sumie pięć osób. Trzy pierwsze próbowały spalić moją, wtedy piętnastoletnią, babkę i jej dwóch młodszych braci. Przywiązali ich do trzech najstarszych dębów w tym lesie. Czwarta za czasów mojego ojca kłusowała i znęcała się nad zwierzętami, obdzierając je żywcem ze skóry. Piątą był Jeremy.” Arthur Morris wpatrywał się w łowców w oczekiwaniu, obaj jednak milczeli, więc kontynuował swoją przemowę. “Jesteśmy o krok od legalnego załatwienia tej sprawy. Naszemu burmistrzowi tak bardzo zależało na postawieniu tu magazynów i fabryki, że poszedł trochę na skróty. Nie można tknąć tego lasu, bo załamie się ekosystem w tym regionie, głównie za sprawą zanieczyszczeń wody i emisji toksyn w powietrzu. Sprawa wkrótce zostanie rozwiązana i Antyczny nie będzie mieć więcej powodów do zabijania robotników.”

“Wybacz nam na chwilę.”

Sam chwycił brata za rękaw i pociągnął go w drugi koniec pokoju, gdzie zamierzał porozmawiać z łowcą.

“Co myślisz?” Zapytał Deana.

“Myślę bardzo dużo, ale nie chcę o tym mówić. Już raz podjąłem złą decyzję, nie mogę zrobić tego samego tutaj.”

“Potrzebna mi twoja opinia.” Sam zazgrzytał zębami z frustracji “Żebym mógł ją porównać z własnymi wnioskami.”

“Moja opinia jest taka, że przydałby się nam pieniądze.”

Mówiąc to usiadł na łóżku i skupił swój wzrok na Morrisie. Młodszy Winchester westchnął głęboko i przetarł sobie twarz dłonią. Zaklął głośno, bo znów pojawiła się myśli, że nie ma Erica, gdy jest potrzebny. Łowca wziął głęboki oddech i podszedł do druida.

“Zawrzyjmy umowę. Zostawimy waszego leszego w spokoju pod warunkiem, że nikogo więcej nie zabije. Będziemy monitorować to, co tu się dzieje i następnym razem, gdy Antyczny doprowadzi do czyjejś śmierci, to będzie jego koniec. Rozumiemy się?”

“Całkowicie.”


Winchesterowie właśnie pakowali się, gdy usłyszeli pukanie do drzwi. Postanowili je zignorować, ale powtórzyło się tym razem głośniej. Dean otworzył i spojrzał na Caroline, która stała na progu. Dziewczyna kołysała się piętach, uśmiechała się szeroko. Nie wiedzieć dlaczego, łowca od razu pomyślał o kłopotach. Czarnowłosa wyciągnęła rękę.

“Dziennikarze płacą za informację, a ja mam coś świeżego i to taką bombę, że będzie żałować, jeśli teraz nie zapłacicie powiedzmy…” urwała zastanawiając się nad odpowiedzią “… pięćdziesiąt dolarów. Rozmawiałam właśnie z ojcem, gdy się dowiedział. To jak będzie?”

Dean spojrzał wyczekująco na Sama, który tylko kiwnął głową. Mężczyzna wyciągnął portfel z westchnieniem wręczył dziewczynie kilka banknotów, które od razu zostały przeliczone. Caroline wsadziła je do tylnej kieszeni spodni i przepchnęła się obok łowcy.

“Wierzcie mi, nie chcecie, abym mówiła o tym głośno na korytarzu.” Poczekała aż Winchester zamknie drzwi i dołączy do niej i Sama. “Burmistrz nie żyje, znaleziono go dziś rano na terenie jego posesji. Wygląda na to, że jego własne pudle go zagryzły. Wyobrażacie to sobie? Pudle? Spodziewałam się, że hodował owczarki, albo coś w tym stylu.” Odchrząknięcie ze strony młodszego łowcy zmusiło ją do urwania dygresji i powrotu do tego z czym przyszła. “To bardzo pomoże Zielonej Krainie, bo z tego co wiem, to właśnie burmistrz był pomysłodawcą postawienia tej fabryki i był bardzo zaangażowany na każdym etapie prac. Niepokoiły go problemy i odwlekanie wycinki. Podobno kontaktował się z jakąś firmą z siedzibą w Bostonie, która miała ostatecznie rozwiązać sprawę terenu pod fabrykę.” Urwała, nabrała powietrza i odgarnęła sobie włosy z czoła. “Tata uważa, że teraz będzie prościej, bo radę miejską w większości tworzą druidzi i wikanie, którzy oficjalnie nie należą do Zielonej Krainy, wiecie polityka. Sprawa jest już przesądzona, nim ostatecznie ciało dziadygi ostygło. Las ocaleje, druidzi będą świętować, a leszy nie będzie mieć więcej powodu do mordowania. Po problemie.”

Uśmiechnęła się do nich, odwróciła się na pięcie i wyszła. Łowcy popatrzyli na siebie. To zmieniało postać rzeczy.

“Leszy zabił kogoś. To raczej unieważnia naszą rozmowę z Morrisem. Warunki były jasne.” Stwierdził Dean.

Sam obserwował brata przez dłuższą chwilę.

“Tak, masz rację. Powinniśmy się odpowiednio przygotować na spotkanie z tym opiekunem lasu.”

Dean uśmiechnął się kącikiem ust i zatarł ręce. “Pora urządzić sobie ognisko w lesie.”


Współrzędne geograficzne, które dała im Caroline podczas ich pierwszego spotkania, zaprowadziły ich głęboko w las. Bardzo uważnie spakowali torbę, biorąc tyle środków łatwopalnych, ile tylko mogli. Nie byli pewni czego się spodziewać, nie mieli nawet pojęcia, jak leszy wygląda, bo Arthur Morris odmówił wszelkiej pomocy. Uparcie twierdził, że za śmiercią burmistrza musi stać ktoś inny. Łowcy jednak podjęli decyzję.

GPS zaprowadził ich w gęstwinę świerków, wysokie i grube drzewa otaczały ich ze wszystkich stron. Dokładnie w miejscu, gdzie wskazywały współrzędne, znajdowała się niezwykła, drewniana konstrukcja. Cztery świerki i rosnące wokół nich krzewy splątały się ze sobą tworząc coś na kształt szałasu. Wyglądało na to, że drzewa urosły w taki sposób, że gałęzie i korzenie zaplątały się ze sobą tworząc szkielet domu, a porosty, mchy i krzewy wypełniły luki w ścianach

Winchesterowie weszli do środka. Wnętrze nie zostało zbudowane tylko uformowane przez roślinność. Wszystko wskazywało na to, że leszy to stworzenie rozumne, gdyż wyglądało na to, że posiada coś na kształt stołu, krzesła, regału i sporego łóżka. Wszystkie akcesoria zostały wykonane koślawo, technikami naturalnymi, które w oczywisty sposób wykluczało wypalanie w piecu.

Dean oblał wnętrze chaty benzyną, a Sam zrobił wokół konstrukcji ścieżkę ze świętego oleju, bo nie zamierzali niczego ryzykować. Jedyne, co im pozostało to czekanie. Nie musieli nawet czekać długo. Ich poczynania zaczęło obserwować coraz więcej najróżniejszych zwierząt. Bracia poczuli się nieco nieswojo, ale twardo stali na swoim posterunku, obserwując las dookoła.

Leszy nie był niczym, czego się spodziewali. Pojawił się znikąd, zupełnie jakby wyłonił się spod ziemi. Był humanoidalny, miał jakie 150 cm wzrostu, wielkie brązowe oczy, przygarbioną sylwetkę i długą szarą brodę, wiatr szarpał krótkie i rzadkie włosy porastające czaszkę. Jego skóra wyglądała jakby była drewniana, gdyby nie ten szczegół wyglądałby jak nieszkodliwy, wielkooki staruszek. Wokół niego krążyły cztery kosy.

Stwór obserwował braci, stał i czekał. Nie drgnął mu ani jeden mięsień twarzy, o ile jakieś miał. Nie sprawiał wrażenia wrogo nastawionego, po prostu czekał i patrzył. Obydwaj bracia poczuli się nieco nieswojo. Nie była to walka jakiej oczekiwali. Przeciwnik ich analizował i nie podjął jeszcze żadnych działań. Wyglądało na to, że ich pierwotny plan jest niewypałem. Musieli szybko dostosować się do nowej sytuacji

Dean wyciągnął swojego Colta, niecierpliwił się, rzucił spojrzenie bratu, który natychmiast przykucnął przerzucając przedmioty w torbie. Obaj się denerwowali. Otaczało ich mnóstwo rozmaitych zwierząt. Nie robiły nic niezwykłego poza wpatrywaniem się w nich, zupełnie jakby oglądały jakiś spektakl teatralny. Łowcy zdawali sobie sprawę z tego, że łatwo nie będzie. Starszy mężczyzna podjął ostatecznie decyzję i opróżnił magazynek w pierś leszego. Dla pewności załadował kule pokryte srebrem. Nic nie wiedzieli o tym stworze i musieli improwizować. Kolana ugięły się pod potworem, który następnie przewrócił się. Nie zastanawiając się długo, Sam rzucił w niego koktajlem Mołotowa wykonanym z butelki nafty i kawałka ścierki.

Leszy zapłonął, nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, leżał prawie nieruchomo wpatrując się w łowców. Stojące zwierzęta nie ruszyły się, dopóki z opiekuna lasu nie został sam popiół, wtedy kontrola jaką sprawował nad nimi leszy, zniknęła. Leśni mieszkańcy rozeszli się, zostawiając szczątki swojego pana i stojących nad nimi łowców.


Caroline ścisnęła mocniej fiolkę, którą trzymała w dłoni. Było już późno, normalnie zaczekałaby do rana, ale to było ważne. Zastukała nieśmiało w ciężkie dębowe drzwi. Po kilkunastu sekundach, Czcigodna je otworzyła.

“Już wróciłaś, Urszulo?”

“Tak, Pani.” Wyciągnęła rękę i wręczyła czarownicy małą buteleczkę. “Wykonałam zadanie, które od ciebie otrzymałam. Prochy leszego. Zginął z rąk Szlachetnych, więc jego szczątki opływa silniejsza magia.”

Czcigodna uśmiechnęła się, szeroko i szczerze, co zaniepokoiło nowicjuszkę, bo jeszcze nigdy nie widziała takiej reakcji. Dreszcz przeszedł jej po plecach.

“Jestem z ciebie dumna, Urszulo. Wejdź, opowiesz mi, co dokładnie się wydarzyło.”

Młoda czarownica z wahaniem przekroczyła próg prywatnej komnaty Czcigodnej. Nie wiedziała czego się spodziewać, ale magiczne glify i runy zdobiące ściany były olbrzymim zaskoczeniem. Nie zdążyła jednak wypowiedzieć słowa, gdy jej nauczycielka przemówiła.

“Chcę wiedzieć, co mówią członkinie Sabatu. Justine coś planuje, jestem tego pewna. Nie sądzę, żeby chciała mnie zabić, to byłoby za proste i mogłoby uczynić ze mnie męczennicę. Jedynie, co może teraz zrobić, to zniweczyć moje wysiłki i udaremnić Rytuał Mocy. Taka porażka mogłaby mnie drogo kosztować.” Czarownica położyła dłonie na ramionach dziewczyny i pochyliła się w jej stronę na tyle mocno, że niemal stykały się nosami. “Pamiętaj, że jako moja protegowana i, mam nadzieję, wierna uczennica, zatoniesz razem ze mną w razie mojej porażki. Wykrycie spisku zanim będzie mieć możliwość się rozwinąć jest teraz naszym priorytetem.”

“Nie martw się, Czcigodna. Masz całkowitą rację, Justine to ignorantka, jeśli działa to na pewno nie sama. Dowiem się co planują, a ty, Pani, sprawisz, że gorzko tego pożałują.”

Starsza czarownica uśmiechnęła się ponownie. Wiedziała, że wybrała dobrze. Pewnego dnia Urszula będzie wspaniałym liderem, pozostaje mieć tylko nadzieję, że nie dojdzie do władzy po trupie swojej nauczycielki.


Stół uginał się od książek. Dean wpatrywał się w nie z dość mrocznym wyrazem twarzy. Opierał się o blat przedramionami opierając czoło na rękach. Tuż obok jego prawego łokcia stała pusta szklana i w połowie pusta butelka whiskey. Sam zastanawiał i martwił ten widok. Podszedł do brata i odsunął krzesło szurając nim po podłodze. Starszy Winchester podniósł głowę, miał przekrwione oczy. Wyglądał gorzej niż przed wycieczką do Maine.

Łowca podniósł butelkę i napełnił szklankę w trzech czwartych. Nim zdążył unieść ją do ust, Sam zapytał. “Powiesz mi, co się stało?”

Dean zawahał się jedynie na chwilę, przyglądał się brązowemu płynowi w kryształowej szklance, która ostatecznie odstawił na stół. “Ta sprawa nie dawała mi spokoju od czasu ogniska w lesie. Chciałem wiedzieć, dlaczego coś mi w tym wszystkim nie grało. Spędziłem całą noc na poszukiwaniu informacji. Znalazłem je.” Młody łowca nie musiał zgadywać, dokładnie było widać, że nie były pomyślne. “Na naszym kontynencie nie było wielu leszych. Ludzie Pisma nie wiedzą jak tu trafili, podobno magia druidzka może takiego narodzić, ale nie ma na to dowodu.” Dean nie patrzył na brata, skupił swój wzrok na szklance z alkoholem. “Te stwory są permanentnie związane z lasami, zamieszkiwali puszcze i niedostępne gaje, głównie dlatego, że fizycznie nie są w stanie opuścić swojej ziemi. Ich władza ogranicza się do terenu, który zajmują.” Podniósł w końcu drinka i wypił go naraz. “Wiesz co to oznacza?”

“Leszy z Millinocket nie mógł zabić burmistrza, nawet gdyby tego chciał. Nie potrafiłby kontrolować niczego na taką odległość.”

“Nie dawało mi spokoju, że to stworzenie nas nie zabiło, nie zagroziło w żaden sposób. Nawet gdy płonął, mógł nas skazać na śmierć, ale tego nie zrobił. Nie próbował…” Dean westchnął ciężko, przesunął księgę po stole i wskazał palcem fragment. “Tu piszą, że leszy ma ludzką świadomość, potrafi decydować, co jest moralnie w porządku, a co nie. Inaczej nie potrafiłby zweryfikować intencji tych, którzy wchodzą na jego ziemię. Nie stanowiliśmy zagrożenia dla niczego w jego domenie poza nim samym. On zdecydował, że oszczędzi nasze życie, gdy go paliliśmy, co jest kolosalną ironią losu. Wygląda na to, że ten potwór był bardziej ludzki w stosunku do nas niż my dla niego. I teraz będzie mnie to prześladować przez bardzo długi czas.

Dean Winchester (Jensen Ackles)

Sam Winchester (Jared Padalecki)

Eric Harrison (Filip Bobek)

Czcigodna / Venerable (Magdalena Walach)

Michael Samuels (Sebastian Fabijański)

Urszula (Joanna Jarmołowicz)

Aniela Strużyńska (Grażyna Szapołowska)

Justine (Ewa Kasprzyk)

   
   

About Dominiqa

I'm a many things: a mother, a teacher, a literary addict, an on and off writer since I was 16. I write in Polish, and my English writing is a disaster [damn you, english grammar]. I'm a struggling writer with enormous imagination and love for fantasy of all kinds. I like complicated plots and word play and the latter unfortunately dies in translation.

Leave a Reply